Trzeci zeszyt mógłby powalczyć o miano najbardziej dołerskiego komiksu minionego roku.
W drugiej części jeszcze tliły się jakieś ogniki nadziei. Kimi dowiedział się, czym są znaki na jego "doszywanych" kończynach oraz że istnieje możliwość kontrolowania ich mocy. Także tajemnicza Fooou okazała się całkiem potężnych sprzymierzeńcem. Ale cóż z tego, skoro w najnowszej odsłonie Tomaszewski nawet i te wątłe płomyki postanowił brutalnie zdeptać. A zaczął od sceny tortur, którą urządził Przybysz jednemu ze złapanych Atoli by wydobyć informacje o miejscu przebywania Kimiego i Vorga.
Pierwszą część komiksu oglądamy z punktu widzenia antagonistów. Dzięki temu wiemy jak potężni są, jakie mają asy w rękawach i jak skrupulatnie przygotowują się do ataku. I gdy fabuła w końcu przeskakuje na naszych bohaterów, od razu jesteśmy przyduszeni beznadziejnością sytuacji, w jakiej się znaleźli. Szczególnie, że nie jesteśmy pewni prawdziwych intencji niektórych osób.
Tomasz cały czas utrzymuje duszną, klaustrofobiczną atmosferę i jeszcze skrupulatniej buduje świat przedstawiony, w którym chyba nikt nie umiera śmiercią naturalną. Choć nie bez potknięć - o ile w zeszycie drugim dostaliśmy całkiem oryginalne światotwórstwo z wyraźnie nakreślonymi zasadami, dzięki którym działa magia - to tutaj pozwolił sobie na kilka rozwiązań deus ex machina, gdyż rasa Atoli wydaje się wymykać tym regułom. Być może będzie to miało uzasadnienie w przyszłości, ale póki co sprowadza się do wyciągnięcia z kapelusza magicznego artefaktu, który ratuje bohaterów z trudnej sytuacji. Niemniej jednak to uniwersum skrywa w sobie całkiem spory potencjał do eksploracji. Choćby pokazana na początku zeszytu klątwa. Tu muszę przyklasnąć Tomaszewskiemu za budowany narracyjny fatalizm - za najbardziej tragicznymi wydarzeniami stanęła zwykła koincydencja; można powiedzieć, że bohaterowie mieli zwykłego pecha pojawiając się na trasie wozu wypełnionego kamieniami. Zwykły pech, ale konsekwencje już ogromne.
Tomasz nie jest łatwym scenarzystą. Zbieg nie jest tym rodzajem komiksu, który się pochłania i przewraca kartkę za kartką. Nie mówię, że nie umie pisać dialogów, ale serię czyta się "powoli". Z jednej strony dostajemy rozbudowany świat z wieloma skomplikowanymi zależnościami, z drugiej strony mamy fabułę pełną ekspozycji, ale wystarczy chwila nieuwagi i przegapienie jakiejś informacji, by powstał pogłębiający się z każdą stroną mętlik. Osobiście zeszyt #3 przeczytałem kilka razy, często wracając do poprzedniego numeru, by móc sobie poukładać kto jest kim i rozrysować przestrzennie wydarzenia. Gdyż geografia kontynentu jest słabo zarysowana i do tej pory nie mam pojęcia jak daleko nasi bohaterowie muszą podróżować tudzież ile ich dzieli od miejsca, w którym urzęduje Przybysz.
Sytuacji nie ułatwiają rysunki Łukasza Jagielskiego. W jednej z większych akcji, bohaterowie muszą się wysmarować mazią - wówczas ciężko jest śledzić dokładnie co widzimy w nerwowych kadrach. Podobnie w przypadku scen nocnych i dziejących się w ciemnych pomieszczeniach - brud świata kreślony oleistą kreską artysty sprawia, że gałka oczna próbuje, prawie że w panice, rozszyfrować szczegóły i kontrolować akcję. Absolutnie nie jest to zarzut, tylko podkreślenie ile skupienia wymaga lektura od czytelnika. Jagielski trud wynagradza kolejnymi kadrami przedstawiającymi okaleczonych ludzi (zaszyte powieki, szramy na twarzy itd). Scena tortur jest creepy as hell, śmierć Krwawego Czerepu ociera się o gore. Dla przeciwwagi - gdy Łukasz oddaje kamerę przedstawicielom Atoli, od razu w kadry wdziera się jakże pożądany haust świeżego powietrza! Jedyne zarzuty mam do okładki; jest nienaturalna.
Można po lekturze trzeciego Zbiega poczuć się brudnym. Próbuję sobie przypomnieć, czy w ostatnich latach któryś z polskich twórców próbował sił w dark fantasy (od premiery Diefenbacha minęła ponad dekada). A ta seria od mroku, błota i beznadziei aż kipi. To trudny, upiorny i klaustrofobiczny komiks, ale zdecydowanie warty większego rozgłosu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz