Aaaaaaa! They are back!
Pierwszy zeszyt nazwałem komiksowym patostreamem a druga odsłona... nic w tym względzie nie zmienia. Miś Jaś dalej cierpi na słowotok i nabija wierszówki wulgaryzmami i obscenicznymi żarcikami. Można powiedzieć, że dymki dialogowe zajmują tyle samo miejsca co rysunki. Czytać jest więc co - pod warunkiem, że ma się dużo zaangażowania by się przebić przez ręczne liternictwo. A te ma często wyrąbane na komfort czytelnika.
W dwójce znajduje się jedna dłuższa historia "W tej robocie nie ma urlopów", jedna średniej długości "Ślimactwu mów stanowcze 'giń'" oraz króciutki "Plejboy". I musze przyznać - tą najdłuższą czyta się całkiem fajnie. Owszem, wszyscy tam klną ile wlezie a fabuła jest pretekstowa, ale... mimo wszystko jest też fabuła. Lisica Molly i ptaszek Steven wybierają się do podziemnej kopalni by rozruszać mięśnie i utłuc jakieś potworki. Potworki są, nawet w całkiem sporej ilości, a jeden z nich zostaje pachołkiem zabójczyni potworów w modnych butach. W samej historii nic się nie klei, ale też nie o historię chodzi tylko o ugotowanie jej w oparach absurdu. A ten czasami potrafi być intrygujący. Pomysły autora na offtopiki i zejścia od głównego tematu czy też rozkminki na temat rzeczy kompletnie nieistotnych dla fabuły mają niekiedy przyjemny posmak rozsadzacza mózgu (szczególnie w chwilach, gdy autor zapomina że powinien być programowo wulgarny).
Dużo dobrego przyniosło dołączenie nowej postaci do przygód tytułowego duetu. Ginny da się lubić, jest uroczym/uroczą safandułą i kradnie większość scen, w których występuje. Co okazało się całkiem potrzebne komiksowi, gdyż mimo wszędobylskiego nonsensu, Janowi brakuje dobrych grepsów, zabawnych skojarzeń czy ciekawych sparodiowań współczesności. Inspiracja Wilqiem unosi się cały czas nad zeszytem, ale w tym przypadku oznacza to głównie parowanie. Pod płaszczykiem gadulstwa zostaje mało treści i cały ciężar utrzymania zainteresowania czytelnika spoczywa właśnie na Ginnym.
Pod względem graficznym Miś również pozostaje niezalowo-undergroundowym ultrasem. Jak tworzyć po zinowemu - to z pełnej pyty. Czyli człowiek robi wszystko by czytelnik się męczył wraz z twórcą. Gdyż autor zaczynając rysować nową stronę pierwsze kadry tworzy duże i klarowne. Chwilę później orientuje się, że nie starcza mu na stronie miejsca, więc końcowe rysunki kompresuje do maksimum dzięki czemu stają się nadziubdziane a przeczytanie dymków wymaga użycia lupy. Nie byłoby to aż tak irytujące, gdyby nie to, że zazwyczaj dzieje się to na stronie gdzie jest jakaś puenta, zamknięcie wątku czy finał opowieści. Nie mam z kolei zastrzeżeń do samej kreski (na normalnej wielkości kadrach). Są intencjonalnie brzydkie, ale podobnie jak u braci Minkiewiczów - wystarczające do uniesienia fabuły na garbie.
Dwójkę czytało mi się lepiej niż #1. To wciąż była masochistyczna przyjemność, ale jednak jakiś progres jest widoczny.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz