środa, 17 czerwca 2026

Wielka Lechia/Beskid Boty: Konfident (scenariusz i rysunki: Paweł Przygoda, wydawnictwo własne, 2026)


W oczekiwaniu na nowy zeszyt Beskid Botów, Paweł Przygoda sięgnął do szuflady i wysupłał co nieco z archiwów.

I tak powstał całkiem gruby flipbook, w którym połowa stron zawiera historie ze świata beskidzkich transformerów a druga przynosi niepowiązaną z uniwersum opowieść. W zestawie najstarsza jest Wielka Lechia, datowana na 2018 rok. Czego można się spodziewać po opowieści o takim tytule? Temat nośny, w końcu wyznawców imperium lechickiego jest w naszym kraju mnóstwo. Przed lekturą zastanawiałem się, w które tony uderzy Paweł - będzie wyśmiewał szurię, czy wręcz przeciwnie i dołoży drewienek do pieca i stanie w rzędzie z orędownikami turbosłowian. Tym mi przyjemniej donieść, że autor nie na darmo nosi nazwisko Przygoda i stworzył opowieść w stylu... Indiany Jonesa. Bohaterami uczynił rodzeństwo. Aśka jest ambitną studentką archeologii a jej brat Tomek kompletnym przeciwieństwem - luzackim ziomalem, który by zabić nudę, lubi sobie potrollować. A czym wkurzyć siostrę podjaraną tym, że okryła w rodzinnej miejscowości ślady kultury celtyckiej? Ano na każdym kroku insynuować, że właśnie dostaliśmy dowód na istnienie Lechitów. Paweł, podobnie jak w swej flagowej serii, tka fabułę ze sprawdzonych patentów: otrzymujemy potężną dawkę studenckiego humoru, dowcipne żonglowanie archeologicznymi artefaktami (kamień z Rosetty vs kamień z Aleksandrowa) i totalnie niespodziewanymi (oraz nieprawdopodobnymi) zwrotami akcji. Całość kończy się takim cliffhangerem, że trzeba wymusić na autorze ciąg dalszy. Pokuszę się o stwierdzenie, że czytało mi się Wielką Lechię lepiej niż Beskid Boty.

A co u słychać u Placka i Małego w krótszych shortach? Niestety różnie. Najbardziej mi przypadł do gustu Rarytas. Rzecz dzieje się we wczesnych latach 90. i jest nostalgicznym wspomnieniem czasów, gdzie na placach targowych można było kupić wszystko. W tym okresie Placek jeszcze nie miał pojęcia o istnieniu Beskid Botów, aczkolwiek króciak w pomysłowy sposób zapowiada przyszłe wydarzenia (co nieźle rezonuje z zeszytem #0). Poza tym to urocza i dowcipna historyjka o tym jak w czasach przed cyfrowych zaopatrywano się w geekowskie gadżety.

Epizod Jak to się zaczęło trwa jedynie cztery strony i ciężko wpasować go w jakąś linię czasową. Ot, to taka na szybko sklecona głupotka by autor mógł sobie porysować groteskową rozwałkę. A że Paweł daje enigmatyczną odpowiedź czy ów short należy do kanonu to lepiej przyjąć wersję wydarzeń wg reporterki TV. Gdyż jeśli zaufamy opowieści Placka to dostaniemy absurdalne rozszerzenie lore, w którym to boty kryją się praktycznie na każdym rogu ulicy.

Za to kompletnie nie podszedł mi Konfident. Technicznie wszystko w tej historii gra i buczy. Wracają znane postaci, poznajemy nowego, całkiem ciekawego węgierskiego transformera, opowieść ma początek i koniec, jest akcja i humor, tylko że... Placek w tej historii jest takim patusem, kierującym się wyłącznie najniższymi instynktami i nie dający się polubić. W głównej serii to lekkoduch, nieco safandułowaty ale cały czas sympatyczny. Tutaj to dzielnicowy prawie-że kloszard. Rozumiem, Przygoda chciał stworzyć rzecz bardziej 'dorosłą', przedstawić codzienność mieszkańców śląskich miasteczek. Ale przy okazji Placek oberwał rykoszetem, gdyż zamienił się w swoją karykaturę.

O warstwie graficznej nic nowego nie napiszę. To cały czas 100% Pawła Przygody w Pawle Przygodzie. Choć w wersji czarno-białej historie beskidbotowe sporo tracą ze znanego z regularnych zeszytów uroku. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wielka Lechia/Beskid Boty: Konfident (scenariusz i rysunki: Paweł Przygoda, wydawnictwo własne, 2026)

W oczekiwaniu na nowy zeszyt Beskid Botów , Paweł Przygoda sięgnął do szuflady i wysupłał co nieco z archiwów.