Nigdy nie jest za późno na powrót do starego, dobrego Dziadostwa!
Jakoś tak wyszło, że zeszyt piąty a potem szósty odkładałem w listach zakupowych "na później". I ten właściwy czas nastąpił kilka miesięcy temu. Choć już po pierwszych stronach wygiąłem usta w błogim uśmiechu: fajnie było wrócić. Nie musiałem sobie specjalnie przypominać bohaterów; ci od razu podali rękę na przywitanie a zarysy ich wcześniejszych przygód momentarycznie wskoczyły we właściwe przegródki pamięciowe.
#5 trochę mnie zaskoczył. Jakub przestał się na chwilę 'znęcać' nad swymi postaciami i pozwolił by nawet coś im wyszło w życiu. Kamil poszedł na randkę, która mimo małych zawirowań, okazała się całkiem udana. Dobre chwile spotykają także Wróblona - chłopak wygrywa w popisowy sposób talent show i chwilę później łapie nie lada fuchę stając się twarzą fundacji OCD (Obrońców Cnót Dziecięcych). Poza tym reszta w normie: ekshibicjoniści, szury, pedofile i filozoficzne rozkminki przy piwku.
Za to zeszyt szósty wraca na stare tory, a Topor z zimną krwią pakuje bohaterów w kolejne powalone akcje. Słodkie chwile Alicji i Kamila kończą się gdyż przyjdzie nam poznać ojca dziewczyny, na scenę wkracza Wiktor, zajadły antyszczep, który wywrzaskuje swoje teorie przez radiostację skleconą domowymi sposobami a Okoń wpada na kolejny wspaniały pomysł i urządza bibę na dachu opuszczonej fabryki. Choć największe kłody pod nogi Jakub rzucił młodemu raperowi i to takiego kalibru, że zwyczajnie zrobiło mi się szkoda Wróblona.
To oczywiście tylko wyimek tego, co dzieje się w tym tomikach. Autor ponownie z chirurgiczną precyzją dokonuje wiwisekcji na rodakach i w mocno satyryczny sposób wyłuszcza krajowe przywary na wierzch. I co od początku było wyróżnikiem serii - owa satyra wypływa mimochodem, niekoniecznie budując główną oś fabularną. Jest rzucana ot tak, od niechcenia, w mniej oczywisty sposób. Ale Topor nic nie robi przypadkowo. Każda sytuacja służy mu do wstawienia krzywego zwierciadła, dzięki któremu czytelnik sam może się w nim przejrzeć, gdyż odniesień co codzienności w Dziadostwie jest multum. Jak wyglądają nasze rozmowy z kimś, komu porysujemy auto? Co robimy godzinę przez umówioną randką? Do jakich piosenek w radio drzemy buzię gdy nikt nas nie obserwuje? Jakub jest niesamowitych obserwatorem by móc następnie kreować takie mikro sytuacje powodujące, że czytelnik zaczyna się zastanawiać jak sam zachowałby się w podobnych. Owszem, twórca specjalnie je wykoślawia i doprowadza do groteskowych konsensusów, ale... dobra satyra to celna satyra, prawda?
Dziadostwo to ten rodzaj komiksu, w którym lubi się wszystkich bohaterów, mimo całego bagażu ich wad i ubytków intelektualnych. Gdyż pod płaszczykiem 'ferdynandokiepszczyzny' dostajemy niezłą diagnozę społeczną, być może pełniejszą niż w niejednym felietonie w poczytnych tygodnikach opinii.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz