Zapraszam na uderzeniową dawkę punkowej wściekłości.
Pod nickiem Matcha kryje się Ola, zaprawiona w bojach roleplayerka. Kot to Emilio/a Łukasiewicz; osiemnastka na karku, więc najlepszy czas by być rebel. W bio piszą, że lubią snuć opowieści, a pomysł na komiks wziął się ze spontanicznej sesji RPG na discordzie. I tak rok temu światło dzienne ujrzał 24-stronicowy prolog do większej opowieści o Kosmicznych Piratach. Nie wiem, jaki stan kontynuacji jest na dziś - Prolog kupiłem w ciemno na Podziemnych Kocurach.
Gdzieś za zadupiu kosmosu, w stacji ładowania kryształów odbębnia swoją dniówkę znudzony koleś. Słyszy przez interkom, że wyznaczono nagrodę za ujęcie grupy terrorystów dowodzonych przez Miramisa. Chwilę później widzi przystawiony do czoła pistolet. Który trzyma ów poszukiwany zbieg. Na szczęście dla chłopaka, grupa jest zwyczajnie głodna i życzy sobie przygotowania hot-dogów. A że bandziorów jest szesnaście, to przygotowanie dogsów trochę zajmuje. W czasie, w którym chłopaczyna trzęsącymi się rękami wkłada parówki do bułki, banda złoli zaczyna świrować z nudów. A że każdy z nich trzyma w łapach gnaty, ich zabawy nie pomagają w mieszaniu sosów.
Prolog to undergroundowy miks Mechanicznej pomarańczy i ejtisowych akcyjniaków pełnych przerysowanych punków. O dziwo, pozbawiony brutalności - w komiksie nie pada ani kropla krwi, również wszystkie zęby siedzą wygodnie w szczękach. Jak w tanich horrorach - postacie to obleśne pancury, z tapirowanymi włosami i kiczowatymi strojami. Wrzeszczą, schizują, machają bronią, zachowują się nieobyczajnie, szargają świętościami, robią "buuu" by postraszyć, ale od razu widać że ich IQ plasuje się zaraz za troglodytami. Mimo wszystko doskonale wyczuwamy, że owe zgrywy potrafią być niebezpieczne a to, że czy napotkani ludzie przeżyją czy nie będzie zależeć wyłącznie od ich kaprysu. Choć Matcha i Kot ani myślą tworzyć poważną historię i szokować czytelnika normalizacją scen gore. Proponują rzecz raczej komediową, choć to humor typowo niezalowy - absurdalny, chaotyczny i alogiczny. Miramis to nie Lobo ani Mickey Knox z Urodzonych morderców, choć pewne inspiracje można wyłuskać.
Za to warstwa graficzna jest o wiele bardziej interesująca. To punkowy underground, z brzydką kreską, bałaganem kompozycyjnym, frywolnością narracyjną i pstrokacizną kolorystyczną. Ale! W tym szaleństwie jest urok. Kot napaćkał do kadrów wszystko co umie: tusz, kredki, flamastry, akwarele i bóg wie co jeszcze. I to się całkiem nieźle ogląda - mimo, że wszystko jest punkowo rozpieprzone, koślawe, niezgrabne, pijane, niechlujne i przesadzone - cały czas artystycznie ciekawe. W rysunkach Kota jest ekspresja, sterydy, dopamina, które doprowadzają umysł czytelnika do niezdrowej fascynacji. Czuję tu wspólne wibracje z dokonaniami Otoczaka. Groteskowe, ale magnetyzujące.
Podniebne miasta: Prolog to klasyczna niezalowy harmider by wkurzyć dziadersów po ASP. Treści za dużo w nim nie ma, niemniej jednak kolejnym dokonaniom Kota trzeba się przyglądać. Jest coś intrygującego w tej graficznej nonszalancji i zblazowaniu.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz