Często po przeczytaniu jakiegoś krótkiego komiksu od razu tworzy się myśl "szkoda, że taki krótki". Po lekturze Crisis City ta myśl wybrzmiewa jeszcze mocniej.
Gizicki zabiera nas w przeszłość do lat 60. ubiegłego wieku, kiedy to partyzanci Narodowego Frontu Wyzwolenia walczyli z francuską armią o niepodległość Algierii. Gdzieś na boku tych bratobójczych walk dzieje się pierwsza część komiksu. Bohaterami są dwaj mężczyźni - można z kontekstu wywnioskować, że byli w przeszłości przyjaciółmi. A teraz stoją po przeciwnych stronach obozu. Chwilę później następuje skok o dekadę; część druga skupia się na nowych postaciach, choć opowiadane wydarzenia są następstwem owego pustynnego wieczoru.
Daniel we wstępie zdradza anegdotę stojącą za pomysłem na fabułę. Jego kumpel Tomasz Kaczkowski w 2020 roku od niechcenia wrzucił na swoje sociale okładkę do nieistniejącego komiksu. Podobno tak zawładnęła umysłem Gizickiego, że postanowił do tej grafiki dopisać całą historię. Ów rysunek został zamieszczony na początku komiksu. Widząc go, zastanawiam się jakimi drogami błądziły myśli scenarzysty, że wymyślił swoją algiersko-francuską opowieść. Dla mnie to bardziej wariacja na temat podstarzałej Hit-Girl z komiksu Marka Millara :)
Nieważne, dostaliśmy świetną opowieść o zemście w noirowym anturażu. Crisis City to twardzi mężczyźni, indywidua z półświatka, podejrzane speluny, pochlapane krwią ubrania oraz klimatyczne plenery pełne pustynnego piasku i portowych zaułków La Rochelle. Oraz Sylvie, tajemnicza kobieta w fikuśnym berecie i nożem w ręku. I tu dochodzimy do sedna. Tytuł, który opowiada na tak małej przestrzeni (13 stron!) historię dziejącą się w dwóch liniach czasowych niejako z definicji musi być niedopowiedziany i tajemniczy. Gizicki rozrzuca po planszach strzępki informacji i każe czytelnikowi dopowiadać sobie wszystko. Kto jest kim, jakie są rodzinne koligacje etc. Co jest zrozumiałe, krótka forma musi być skondensowana. Ale Daniel wybierając fabularne puzzle, które włożył do scenariusza, stworzył tak intrygującą fabułę z milionami niewiadomych, że ja całym swym jestestwem do tej pory pragnę poznać jak najwięcej z nich. Co dokładnie wydarzyło się przez tę dekadę? Skąd się wzięły takie a nie inne plotki o Sylvie? Kim był Hugo? Rany, przecież te dziury czasowe to świetny materiał na kolejne zeszyty. No i końcowy cliffhanger - tym bardziej świdrujący wyobraźnię, gdyż wiadomo że twórcy nie planują kontynuacji.
Błażej Kurowski poradził sobie wyśmienicie z oddaniem noirowego vibe'u. Artysta zazwyczaj ma gęstszą kreskę, w jego kadrach dzieje się o wiele więcej i lubi miejscami przerysować na mangową modłę emocje na twarzach bohaterów. W Crisis City Qrjusz nadał rysunkom... powietrza. Dobrym przykładem kreowanych przestrzeni jest okładka. W środku znalazło się więcej takich spokojnych, miejscami impresjonistycznych kadrów (tak, kolory są świetne!). I mimo, że to mroczna opowieść - Kurowski narysował ją 'po elegancku'. Francja-elegancja, można rzec jowialnie. Ale czyż dawanie sobie sygnałów za pomocą refleksów promieni słonecznych odbitych od powierzchni noża nie ma retro-filmowego ciężaru?
Jeśli na okładce widnieje nazwisko Gizicki, to można w ciemno w środku spodziewać się soczystych dialogów. Kurowski powoli staje się tym ilustratorem, którego zapowiedzi kolejnych tytułów będą urastać do rangi wydarzenia. Stąd oczywisty wniosek - obok Crisis City ciężko przejść obojętnie. Choć to zdecydowanie za krótki komiks!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz