Pamiętacie scenę jak Bromie drugim bohaterowie trafili do knajpy Uroczysko? Tutaj mamy podobny patent - Kontny oprowadza nas po miejscu, w którym stykają się i wzajemnie przenikają dwa odmienne światy.
Owa knajpa nie jest centralnym punktem fabuły Baj Baj Najt, lecz jednym z lepszych pomysłów nowej serii komiksowej. A ta zaczyna się w... damskiej ubikacji. Tam szlocha Zuza, która właśnie została zdradzona przez chłopaka. A że dramę przerywa wyzwiskami, szybko dostaje opieprz z kabiny obok. W ten sposób zapoznaje Lulu/Lucy/Lucynę, dość specyficzną dziewczynę, która by ulżyć jej frustracji, zabiera ją do bardzo dziwnego baru. A że skrzywdzona dziewczyna nie ma ochotę na zabawę, Lucy odwozi ją do domu. A tam czeka na rozklejoną kobietę kolejna cegiełka do worka z napisem 'bad day'.
Tomasz Kontny, będąc już specem w rodzimym mitologicznym bestariuszu, postanowił tym razem skręcić na płytsze wody i zaproponował urban fantasy, w którym diabeł nie marzy o apokalipsie a zwyczajnie pragnie miłości. Tak, Baj Baj Najt to silnie zaakcetowane wątki romansowe, ale ubrane w dość oryginalny setting. Autor nie zamierza grać z czytelnikiem w kotka i myszkę, ale też nie wykłada od razu wszystkich kart na stół. O tym, kim jest Lulu, każe się domyśleć, ale nie jest to specjalnie skomplikowana zagadka. Tym samym stawia nas w tej ciekawej sytuacji, w której szybciej od głównej bohaterki rozszyfrowujemy tożsamość jejmości, tym samym skupiając większość uwagi na świecie przedstawionym. A ten jest pełen smaczków, pokazujących jak ten drugi świat, pełen demonów i potworów, ciekawie zintegrował się z naszą, współczesną rzeczywistością. Co prowadzi do dość komicznego wydźwięku opowieści. Zuza, jaka ty jesteś głupia, czemu nie potrafisz dodać dwa do dwóch? Oczywiście, dość szybko okazuje się, że dziewczyna całkiem nieźle ogarnia sytuację, w której się znalazła, jednak jej świadomością targają głównie emocje skierowane wewnątrz.
Zeszyt pierwszy to przede wszystkim kreślenie świata przedstawionego. Poznajemy główne postacie, dowiadujemy się o mechanikach rządzącym tą drugą stroną, mamy okazję uśmiechnąć się natykając na postmodernistyczną żonglerkę elementami chrześcijańskiego piekła. Póki co - większej intrygi nie widać. Choć są znaki. Zdrada Miszki niekoniecznie jest tym, czym może się wydawać na pierwszy rzut oka, relacje interpersonalne między fantastycznymi kreaturami wydają się być bardziej zagmatwane a ostatnia strona daje potencjał na fabularne zagęszczenie w przyszłości. Ale zanim to nastąpi należy cieszyć się dobrze napisanymi postaciami oraz dialogami, w których nie uświadczymy okołoromansowego rozmymłania - postacie z okładki raczej nie będą bohaterami podobnej sceny co na plakacie filmu La La Land Damiena Chazelle’a. Chociaż... kto wie?
Judyta Sosna (która pod względem warsztatowym jest dla mnie kuzynką Łukasza Godlewskiego) całkiem ciekawie przedstawia wielkie miasto nocą. Pełne brudu, śmieci, porozwalanych bibelotów, byle jak poustawianych mebli, bazgrołów na ścianie i ogólnego braku schludności. To, że potwory są przedstawione potworniasto, to cieszy oko. Ale główne postaci również odbiegają od kanonów piękna, do jakich przyzwyczaiły nas romantyczne historie. Zuza ma lekką nadwagę, zaniedbane brwi, w dodatku klnie jak szewc. I co? Da się ją lubić. Podobnie jak Lulu, która z hardej bywalczyni nocnych klubów zmienia się w pełną empatii i rezygnacji personę. A wszystko to zostało unurzane w minimalistycznej gamie kolorystycznej, często kojarzącej się ze świetlówkami podejrzanych spelun.
Pierwszy zeszyt nie wywołuje efektu 'wow', gdyż nie stara się kopniakiem wyważać drzwi by móc się zadomowić w wyobraźni czytelników. Bardziej szepcze namiętnie do ucha obiecując upojną noc, niekoniecznie pod anielską kołderką. Ale jestem pewien, że przed premierą zeszytu drugiego nikt nie powie 'nie pamiętam już co było w pierwszym'. To ten rodzaj opowieści, który nie zmusza do długich dyskusji, ale gdzieś się tam podkorowo ukrywa, by wypłynąć na powierzchnię wtedy, gdy będzie potrzeba.
Tekst powstał na podstawie recenzenckiego pdf otrzymanego od scenarzysty.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz