Kolejne, ciekawe podejście do słowiańskiego dziedzictwa.
Pomimo sugestywnego tytułu, to nie jest stricte ilustracja starej, lokalnej legendy. Anna Mazurkiewicz inspirując się jakimś dawnym podaniem, stworzyła na jego kanwie zupełnie nową opowieść. Dość powiedzieć, że jej komiksowa adaptacja liczy sobie 80 stron. Tytuł wyszedł pod patronatem Prezydenta Miasta Chełm, choć śpieszę donieść, że elementów typowo promocyjno-turystycznych jest zaledwie dwie strony. I to w dodatkach.
Rzecz się dzieje dawno dawno temu, w przedchrześcijańskich czasach, w małej wiosce u stóp góry Chełm. Bohaterami opowieści są Bolko i Radochna, zakochani w sobie młodzi. Chcą się pobrać, niestety na przeszkodzie stoi ojciec Radki, który kategorycznie odmawia zgody na zamążpójście. Bolko, wiedziony namiętnością, wytacza spore działa - wymaga na Mścisławie by ten zlecił mu jakiegoś questa, którego wykonanie sprawi, że stanie się godnym kandydatem na męża. Ten mu każe o świcie stawić się na pobliskiej świętej górze, w dniu składania darów Perunowi.
Brzmi jak typowa legenda, prawda? Bolko dowiedzie swojej męskości i koniec końców pojmie ukochaną za żonę. Tylko, że dość szybko fabuła zaczyna się mocno gmatwać. Twórcy zaserwowali motyw znany z opowiadań Sapkowskiego. A mianowicie, do historii zostały wplecione dylematy moralne. Mścisław ma silne argumenty przeciwko temu małżeństwu i to takie, na które młodzieńcza porywczość Bolka nic nie wskóra. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że w okolice wioski dotarły wojska tatarskie. A to oznacza, że miłujący pokój i rolnictwo słowiański lud staje w obliczu wielkiego zagrożenia ze strony brutalnych najeźdźców dowodzonych przez okrutnego Fałdżeja.
Scenariusz został tak napisany, że mógłby robić za wysokobudżetowy film. Choć w disneyowsko-snyderowym wydaniu. W cieniu trzech dębów to nie klasyczne baśniopisarstwo, gdzie narrator wszechwiedzący jest kronikarzem wydarzeń a dialogi ograniczają się do prostych zdań uzupełniających opisy zamieszczone w prostokątnych winietach. Marek Mandziński warsztat szlifował tworząc Niesamowite mity i legendy nordyckie, w których to stare, wierszowane teksty zyskały autorski, fabularny sznyt. W Chełmskiej legendzie autorzy jeszcze mocniej podkręcili tempo - brak jałowych przestojów, klika zwrotów akcji (jeden prawie o 180 stopni), całkiem spora garść postaci drugoplanowych, szczypta magii i dawnych wierzeń oraz końcowa potyczka powodują, że całość nabrała klimatu mocnej przygodowej fantasy.
Co szczególnie zwraca uwagę - mimo iż w komiksie jest klasyczny podział na dobrych i złych, autorzy bardzo często snują opowieść z perspektywy tych drugich. Dzięki czemu czytelnik ma okazję śledzić fabułę ich oczami i co nieco liznąć różnic kulturowych. Tatarzy nie są bezimiennymi agresorami - poznajemy ich imiona, charaktery, słabości, sposób bycia. Nudy nie ma; dwupłaszczyznowe prowadzenie historii sprawia, że czytelnik jest bardziej skłonny przymknąć oczy na niedoskonałości. A tych jest sporo - to nierówna pozycja. Wiadomo, legendy rządzą się swoją poetyką ale na niektóre aspekty ciężko przymknąć oko. Chociażby uwierzyć, że w czasach gdy hordy Tatarów najeżdżały Europę, w Polsce kult pogańskich bogów kwitł w najlepsze. Największy zwrot fabularny zalatuje telenowelą. Tytułowe trzy dęby pojawiają się na dwóch kadrach, jako element tła, bez żadnego znaczenia fabularnego. A przede wszystkim - "dorosłe" sceny zbyt często są infantylizowane siermiężnymi popchnięciami fabuły do przodu. Na szczęście - udanych patentów jest więcej. Wątek klątwy, bezwzględność tatarskiego przywódcy, polowanie na czarnego barana czy finalna bitwa mają w sobie kawał dobrego, komiksowego rzemiosła.
W stopce wydawca nie podał kto dokładnie jest autorem strony graficznej. Wydaje mi się, że rysunki tworzyła i Martina Wyżgoł i Marek Mandziński. Gdyż i graficznie jest nierówno. Całościowo jest dobrze, owa kreska dobrze sprawdza się w takich quasi-historycznych fabułach. Jest słowiański klimat, są ładnie namalowane chaty i przyroda (oprócz rzek, te wyglądają jakby dróżką ciekła woda z dziurawego beczkowozu), przedstawienie rytuałów ma miły dla oka wydźwięk, najeźdźcy wyróżniają się kulturową odmiennością, bitwa wygląda na bitwę. Najgorzej wyszły postacie ludzkie. Niektóre mają twarze inspirowane mangowym stylem, inne są rysowane na frankofońską modłę (po tym zgaduję, że rysowników było dwoje) a na innych kadrach przyjmują kuriozalne uśmieszki bądź wybotoksowane wargi. Ale... najgorzej wyszły pozy. Bohaterowie albo stoją sztywno jakby byli golemami, albo są ukazywani w ruchu, podczas którego przyjmują groteskowe pozycje. Jest wiele świetnie zaprojektowanych i narysowanych kadrów, ale są też i takie, które w niezamierzony sposób wynaturzają zaplanowany wydźwięk sceny.
Mimo całej tej tyrady - to nadspodziewanie przyzwoity kostiumowy komiks. Największą krzywdę, jaką mu można zrobić to z góry potraktować go jako coś w stylu Legend Polskich Rosińskiego. A jest dokładnie czymś odwrotnym - historią o filmowym napięciu, którą chce się przeczytać za jednym posiedzeniem.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz