Nie czytałem pierwszej części. Ale też nie jest wymagana do (nie)zrozumienia zeszytu drugiego. A do zakupu przekonała mnie fajna okładka, nawiązująca do uznanej serii książek publikowanych pod koniec XX w. przez wydawnictwo Zysk i spółka.
Komiks opowiada o pewnej ekspedycji, która rusza na kolejną wyprawę w poszukiwaniu śmiesznego kosmicznego czasu. Brzmi znajomo? Tak, Tytus z Romkiem i A'tomkiem odbyli dwie wyprawy na Wyspy Nonsensu w podobnym celu. Tylko, że między komiksem Papcia i zinem Krajewskiego nie ma żadnych wspólnych punktów. Przede wszystkim dlatego, że Edmund robi rzeczy eksperymentalne, awangardowe i pure nonsensowe. W dodatku bazgroli jak kura pazurem. Nawet nie bawi się w patyczaki - styl Krajewskiego mógłby podrobić prawie każdy, jeśli mu się da kartkę papieru i pół godziny nudy.
Ale ów przysłowiowy "prawie każdy" nie ma tak pokręconej wyobraźni jak autor Śmiesznej ekspedycji. To, że jego fabuły są aczytalne to jedno. W tym zinie nic nie ma sensu i nic się nie spina. Fabuła jedzie surrealizmem, ciągi przyczynowo-skutkowe nie istnieją, ciężko stwierdzić kto jest bohaterem i po co właściwie nim jest. A czytając dialogi i prześlizgując się po kolejnych kadrach, od razu wiadomo, że autor idzie w komiks eksperymentalny, gdzie głównym celem jest wywołanie artystycznego rezonansu za pomocą potoków niegramatycznych struktur językowych poprzetykanych pure nonsensownymi scenkami rodzajowymi.
A najgorsze jest to, że jest to wszystko na tyle minduckowe, głupie i pojebane, że nie chce się od razu wyrzucić egzemplarza do kosza i przewracając oczami 'co za brainrotowe gówno' załamać ręce nad stanem współczesnego młodego polskiego komiksu. Jest coś magnetyzującego w tej całej zwichrowanej wyobraźni Krajewskiego. Coś, co sprawia że nie do końca żal tych wydanych 12 zł. Gdyż Śmieszna ekspedycja kosmiczna 2 potrafi momentami ładnie połaskotać czytelnicze undergroundowe płaty czołowe.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz