Przyznam się, że mam problem z rozgryzieniem, co hula w głowie Bartosia. Z jednej strony hołduje w 100% kulturze DIY i jawi się jako true believer punkowego undergroundu, a z drugiej strony w jego historiach wybrzmiewają ambitniejsze pomysły niż wyłącznie chęć przekraczania granicy dobrego smaku. Gerald jest tego dobrym przykładem.
To opowieść o Geraldzie Riwińskim, dwudziestopięcioletnim mieszkańcu Hrubieszowa. Chłopak nie ma życia usianego różami - pochodzi w biednej rodziny, w dzieciństwie stracił ojca. Urodził się z darem; od wczesnych lat zaczął wykazywać spore zdolności muzyczne. Niestety, nieznana choroba przekreśliła marzenia o godnym życiu. Gerald stał się freakiem, człowiekiem o tak zdeformowanej głowie, że musi zakładać maskę wychodząc na ulicę. Na życie zarabia więc jako organista w lokalnym kościele, gdyż ta praca mimo wszystko nie wymaga ciągłych kontaktów z innymi ludźmi. Fabuła Geralda zaczyna się jak proboszcz owego kościoła, ojciec Kamyszek, zaprasza go na plebanię, na klasyczną kawę i serniczek. Duchowny stawia tylko jeden "warunek" - Gerald do posiłku ma zdjąć maskę...
Od razu na myśl przychodzi Człowiek słoń Davida Lyncha. Punkt wyjścia podobny, ale rozwiązanie zupełnie inne. Bardziej rezonujące z Janko muzykantem Henryka Sienkiewicza. Tam też mieliśmy biednego, choć utalentowanego chłopaka. Bartoś nie zostawia złudzeń - posiadanie talentu nie jest gwarantem życiowego sukcesu, jeśli urodziłeś się "źle", bądź nie masz warunków do jego rozwoju. Ale to tylko jeden aspekt Geralda. Drugi jest również powszechnie znany - największymi potworami okazują się ludzie. Zdrowi, majętni, posiadający władzę. Robiący wszystko w białych rękawiczkach, pod płaszczykiem troski a w rzeczywistości celujący w materialne korzyści. #pieniądze.
Komiks już od początku wprawia w czytelniczy dyskomfort. Bartoś tak kieruje fabułą, że od razu wyczuwamy że historia nie skończy się dobrze. Szczególnie, że artysta uwypukla na pierwszym planie elementy chrześcijańskie. Te zdają się mówić - katolicyzm to religia miłości, kochamy wszystkich, dla nas nie liczy się powierzchowność, ważne jest wnętrze. Ale dość szybko okazuje, że troska jest udawana, a proboszcz nie ma oporów w stosowaniu szantażu psychologicznego. "Chyba, że chcesz wrócić do swojej zapleśniałej piwnicy jako bezrobotny". I od pewnego momentu w lekturze już nie tyle chodzi o to, co się wydarzy, tylko o skalę upodlenia. By dopowiedzieć - Bartoś obsadzając księdza w głównej roli niekoniecznie uderza w antychrześcijańskie tony, w jego komiksie "małomiasteczkowym potworem" okazuje się zarówno uznany lekarz, jak i zwykły listonosz. Marcin między kadrami porusza kwestię małych środowisk, gdzie wszyscy się znają i gdzie każde odstępstwo od norm (nieważne czy obyczajowych, czy fizjonomicznych) skazane jest na powszechny ostracyzm.
Choć to, co najbardziej w Geraldzie jest poruszające, to zakończenie. Właściwie zakończenia to nie ma. Ale zamykamy komiks zostawiając głównego bohatera w bardzo przejmującej pozycji. Jeśli spojrzeć na okładkę, to widzimy w oczach Geralda smutek, ale też pewną iskierkę życia, być może związaną z jego umiejętnościami jako pianista. Na ostatnim kadrze tej iskierki już nie uświadczymy.
Niemniej trzeba pamiętać, że Bartoś jest undergroundowcem i szyje swoją opowieść igłami pozbawionymi jakiejkolwiek finezji fabularnej. Ksiądz nie może otworzyć od razu drzwi, gdyż akurat siedzi na kiblu. By pokazać w jakich warunkach żyje główny bohater, to autor wpadł na pomysł by zobrazować to widokiem srającego przy oknie psa. Reakcje ludzi na widok prawdziwej twarzy Geralda są również zinowo przejaskrawione. Ale mimo owej podziemnej toporności i dosadności - tytuł wywołuje emocje. Czyta się go 'nieźle' a zakończenie jest zwyczajnie wzruszające!
I jeszcze jedna rzecz zasługuje na wzmiankę. Sposób wydania. Format A4, okładka z taniego bristolu, całość spięta trzema biurowymi zszywkami a w środku szesnaście stron ordynarnie żółtego papieru pakowego. W dodatku karbowanego - po palcami jest łatwo wyczuwalna szorstkość faktury i ma się wrażenie, że powstała od nasiąknięcia papieru od czarnego flamastra; jakbyśmy mieli w posiadaniu własnoręcznie narysowany (nie powielony) jedyny egzemplarz komiksu. Robi wrażenie.
Co ci siedzi w głowie Marcinie Bartosiu? Czym kolejnym wytrącisz czytelnika z jego strefy komfortu? Gdyż potrafisz to robić na swój brzydki, nieokrzesany sposób!
Jak w przypadku większości zinów autora,ten też nie był planowany.Wszystko zaczęło się tak naprawdę od ostatniego rysunku,czyli wizerunku bohatera.Dziwna reakcja tj pytanie do samego siebie "Co ja właściwie narysowałem...?" Spowodowało współczucie i zachęciło do opowiedzenia historii tej tragicznej postaci .Papier zina też nie jest przypadkiem.Miał stawiać czytelnika w niekomfortowej sytuacji.Mówiąc w skrócie: niepokój,bieda i beznadzieja.
OdpowiedzUsuń