Szufladka dark time travel romance brzmi intrygująco. Co więc się wydarzyło w tytułowej bramie na Żeromskiego?
Twórca Bramy w notce dla Komiksopedii wyznał, że jeszcze w marcu tego roku o komiksach nie wiedział nic. A tu proszę, parę miesięcy później wydał własnym sumptem debiutanckie dzieło liczące 56 stron. Oczywiście, Piotr nie nauczył się rysować w tak krótkim czasie; jest absolwentem szkoły plastycznej więc jakiś tam warsztat w ręku drzemał przez te lata. Niemniej jednak na kogoś, kto deklarował, że jeszcze niedawno nie miał w ręku żadnego przeczytanego komiksu, tempo przyswajania wiedzy o obrazkowej poetyce jest godne podziwu.
Przenosimy się to współczesnego Radomia. Tam poznajemy młodego architekta, który zarabia za życie dorywczą pracą w biurze projektowym MiastoProjekt. Pewnego wieczoru po zakończeniu piwkowania z kumplem w knajpie dosiada się do niego ładna kobieta. Gatka-szmatka, lądują w łóżku, młodzian na drugi dzień znajduje w kieszeni kartkę z adresem, gdzie ma na niego czekać nowo poznana piękność. Pod tym adresem kryje się tytułowa brama a w niej portal czasoprzestrzenny, którego drugi koniec sięga...
Z łatki "dark time travel" romance najwięcej w Bramie na Żeromskiego jest romansu. I ten wątek wypada najlepiej. Kozieł niespecjalnie bawi się w podchody i dość szybko doprowadza swoich bohaterów do miłosnych uniesień, mimo iż zrezygnuje z przedstawienia sceny samego seksu. Ale dobrze czuje się w dialogach między dwojgiem napaleńców - te mają ikrę i buzują od podskórnego, słabo skrywanego erotyzmu. Pozostałe wątki cechują się już albo zbytnią skrótowością albo zbyt dużym zawieszeniem niewiary, co nie pozwala ani dobrze zbudować postaci ani tym bardziej świata przestawionego. Dla przykładu - Jurek przenosząc się w czasie przyjmuje ten fakt, jakby to było zejście z Piotrkowskiej w Łodzi w jakąś wąską przecznicę. Żadnego zdumienia, oszołomienia, próby ogarnięcia gdzie, co, kiedy. Jedna kartka mówi mu wszystko i żwawo bierze się do roboty. Ekspresowe zatrudnienie w tamtych czasach również nie byłoby możliwe. I kwestia paradoksu czasowego... Paradoksy z definicji mają to do siebie, że ciężko logicznie sobie ułożyć co było początkiem zdarzeń - tutaj sam Kozieł tłumaczy wszystko na tyle mętnie, że wydaje nic się nie trzymać kupy. Może rozjaśni się więcej w planowanych dalszych dwóch częściach; na razie stoimy na informacji, że Ewa (będąca w naszej teraźniejszości od paru godzin w stanie roztrzęsienia) obmyśliła plan, który normalnie wymagałby wielodniowej analizy nowego otoczenia.
To nie tak, że wytykam autorowi, że historia nie ma sensu. Gdyż ma, intryga kryminalna pod koniec dość ładnie się rozwija. Zwyczajnie Piotrowi zabrakło scenopisarskiego doświadczenia by nadać historii właściwe tempo. Uproszczenia czy miejscami kanciaste dialogi potrafią wytrącić z czytelniczego rytmu. Brawo, że komiks nie jest przegadany i Kozieł nie atakuje czytelnika informacjami na temat wymyślonego świata ale... potrafi niestety walnąć czerstwe frazy bądź metafory. Rano twarz Ewy nie zdradza nocnych łez. Hej, to w końcu dark romance czy tani melodramat? Na szczęście w innej scenie dialogi potrafią pokazać pazurki. Gratulacje. Przetrwałeś pierwsze 5 minut bez próby ucieczki!
Pod względem graficznym Cień Ewy jest ponad przyzwoitą pozycją. O ile scenariusz zawiera wiele debiutanckich potknięć, to już kreska Kozieła zdradza wieloletnie doświadczenie w rysowaniu do szuflady. Nie ma się do czego doczepić - ani do anatomii, braku powtarzalności rysów, projektów ubrań czy ustawieniu sceny bądź rozplanowaniu kadrów na stronie. Styl Piotra jest realistyczny, choć bez szaleństw stylistycznych. Artysta głównie opowiada twarzami, co ma swoje plusy i minusy. Jeśli chodzi o stronę "romantyczną" - skupienie się na wzroku, dłoniach, gestach robi niezłą robotę. Trochę gorzej radzi sobie w miejscach, gdy trzeba oddalić kamerę i przedstawić szerszą perspektywę; tu już widać brak pomysłów na ciekawsze zagospodarowanie drugiego planu. Kolory nałożył za pomocą markerów alkoholowych - dzięki nim udało się podbić klimat dark; całość wydaje się być brudnawa i przyciężkawa (jak w neflixowskim Dark).
Pod względem koncepcyjnym jedna rzecz kłuje mnie w oczy. Rozmiar dymków i wielkość liter. Z racji wieku mam problemy ze wzrokiem, a tę pozycję mogę bez problemu przeczytać bez okularów, ale też mam wrażenie, że gdyby dymki i font był mniejszy, to dialogi by wybrzmiewały mniej... hm... łopatologicznie? Domyślam się, że autor przerobił sporo komiksów z lat 80-tych ubiegłego wieku i podpatrzył w nich co nieco technikaliów, ale nie jestem pewien czy takie zabiegi sprawdzają się w 2026 roku.
Cień Ewy zaciekawia, ale nie wywołuje stanów euforycznych. Jak na debiutanckie dzieło - przyzwoicie. A zauważone braki warsztatowe są z gatunku tych, które prawdopodobnie odejdą w niepamięć wraz z rosnącym doświadczeniem.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz