Trzy lata przyszło na czekać na nowy tom Iskier. Wprawne oko zauważy zmianę nazwiska kolorystki, więc "zwłoka" jest w pełni zrozumiała. Powodzenia na nowej drodze!
W finale czwartego tomu bohaterowie postanowili wejść do jaskini lwa. Nie mieli większego wyboru i musieli opracować atak na bazę Faradian. Łuczyński już wcześniej pokazał, że potrafi pisać blockbusterowe rozpierduchy, więc i teraz czytelnicy na brak akcji nie mogą narzekać. Straceńcza wyprawa przynosi ze sobą wszystko, czego można się spodziewać po takiej eskapadzie - wybuchy, mnóstwo strzelania, popisy akrobatyczne i ocieranie się o śmierć. Krzysztof niespecjalnie się spieszy, by popchnąć fabułę do przodu - daje odpowiednio dużo czasu swoim postaciom by ci mogli sobie adrenalinowo poszaleć. Oczywiście prym w tym wiedzie Ronan Arris, choć Javed Halmandi też ma całkiem spore pole do popisu.
Ale to tylko pierwsza połowa albumu. Druga już przynosi uspokojenie i prowadzi do logicznej konkluzji. Misję trzeba doprowadzić do końca i dostarczyć znalezisko zleceniodawcy. Tu muszę podkreślić, że twórca umiejętnie prowadzi fabułę i wygasza wiele mikro-wątków. Łuczyński cały czas kontroluje opowieść. Nie zapomina by wymyślić jakiś sposób jak bohaterowie mają opuścić planetę, poświęca kilka stron na głębsze poznanie nowych postaci, łebsko kmini że kosmiczni piraci nie mogą ot tak sobie latać gdzie chcą, więc konstruuje mini intrygę pozwalającą Arrisowi dotrzeć do miejsca przekazania "znajdy". A po drodze dokłada kolejne kawałki do budowania świata. Pokazuje dość dobitnie skąd wzięła się zła sława Faradian a także wprowadza kolejne zagadki związane z tajemniczą dziewczyną.
Choć muszę trochę też ponarzekać. Krzysztof ma tendencję do zbytniej infantylizacji postaci z czasem. Mam dokładnie na myśli admirała Van Harrowa. Poznaliśmy go w zeszycie trzecim jako statecznego, rozsądnego i poważanego mężczyznę, tutaj zachowuje się jak jakiś oficer, bojący się że dostanie burę od kogoś wyżej postawionego. Najbardziej dramatyczna scena tomu wybrzmiałaby lepiej, gdyby Łuczyński rozpisał ją jako słowno-dyplomatyczny pojedynek dwóch opanowanych oficjeli; niestety autor groteskowo przerysował postać każąc Van Harrowowi się pocić i głośno przełykać ślinę. Rozumiem, że Iskry to seria przygodowa dla czytelnika w każdym wieku, ale nie brak w niej brutalnych elementów więc takie niedopasowanie charakterologiczne do prezentowanego stanowiska zwyczajnie zgrzyta.
Wielki rzeczy nie czyta się tak fajnie jak Dzień przesilenia czy Świetliki. Tym razem brakło czasu na przekomarzania między bohaterami. Fenn i Strauss zostali odstawieni na dalszy plan, również drużyna Javeda nie ma okazji na docinki. Nie jest to bynajmniej zarzut. Jednak to one nadawały lekkości poprzednim albumom i bez nich jest trochę... smutno.
Do kreski Łuczyńskiego już się przyzwyczaiłem i rażą już jedynie pojedyncze, drewniane kadry. Choć chciałbym w kresce Krzyśka zobaczyć jakiś progres, lepsze dopasowanie emocji panujących na twarzach. Postacie zbyt często kreskówkowo się uśmiechają, nie potrafią mieć neutralnie ułożonych ust. Poza tym wyobraźnia autora działa niczym dobrze naoliwiona space-operowa maszynka. Statki kosmiczne, high-tech gadżety, przedstawiciele obcych ras (Golem!), epickie kadry i klimat kosmicznej przygody nie pozwalają ani przez chwilę ziewnąć z nudy.
Wielkie rzeczy to kolejny udany zeszyt bardzo równej serii. Końcowy cliffhanger znów wkurza tym, że na jego rozwinięcie trzeba będzie trochę poczekać ale przynajmniej wiadomo, że Łuczyński nie rozwiąże go po łebkach, na dwóch-trzech stronach. Autor kocha space-opery, czerpie z najlepszych starwarsowych klisz i proponuje czytelnikowi niemniej interesującą historię. Póki co, dalej nie widać jakiegoś głównego wątku, który by się przewijał przez wszystkie tomy, ale świat Iskier został już na tyle rozbudowany, że można tworzyć w nim kolejne i kolejne przygody. Wad takiego rozwiązania nie stwierdzam.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz