Cyberpunk, choć w wersji lekko patynowej.
To nie jest nowy tytuł. Mariusz Zawadzki za młodu (czyli gdzieś pod koniec XX wieku) był klasycznym przykładem komiksiarza-zinowca. Wydawał własnym sumptem czasopismo KATASTROFA, w którym drukował prace zabrzańskiego światka komiksowego i jak to zwykle bywa, po pewnym czasie porwał się z motyką na słońce, gdyż zamarzyło mu się stworzenie całych uniwersów. Napisał scenariusze, znalazł kumpli-rysowników, prace ruszyły z kopyta po czym... utknęły w martwym punkcie. Autor dopiero niedawno wyciągnął materiały z szuflady, przeredagował wszystko, dokończył rysunki i wrzucił całość na zrzutkę.pl. Tak więc oto w 2024 roku światło dzienne po dwóch dekadach ujrzał album Agnologmat, a miesiąc temu Zawadzki rozesłał do fundatorów Kyberdoksę.
Ten przydługi wstęp ma za zadanie wytłumaczyć mnie z użycia określenia "patyna". W czasach, gdy powstawały komiksy internet już istniał i trafił pod strzechy, ale wi-fi, rutery i telefony komórkowe były jeszcze w sferze fantastyki. Cyberpunk w wydaniu Mariusza jest więc cyberpunkiem na sztywnym kablu; nic tam nie działa bezprzewodowo. Ot, kolejny znak czasów. Ale też ma to swoje plusy - plątaniny przewodów i "zborgizowane" ciała są wdzięcznym tematem do szaleństw graficznych.
Akcja obydwu komiksów dzieje się z bliżej nieokreślonej przyszłości w Silesiapolis. To, zgodnie z nazwą, śląskie miasta, ale rozrośnięcie w jedną wielką metropolię coś na kształt Mega City-1. I jak to w cyberpunku bywa - jesteśmy od razu wrzuceni w świat cwaniaków, podejrzanych typów, szarej strefy i intryg mających za zadanie powiększać strefy wpływu. A sam świat przedstawiony wygląda interesująco - budynki wydają się rosnąć we wszystkich kierunkach bez żadnej kontroli budowlanej a wykwity technologii przyszłości są kontrastowane dwudziestowieczną przaśnością.
Agnologmat jest hołdem autora do dzieł popularnych wówczas filmowców: Tarantino, Rodrigueza, Ritchiego. Poznajemy grupę przyjaciół rodem z Trainspotting. Każdy z nich jest odpowiednio charakterny, psychologicznie przerysowany, ociekający maskulinizmem, programowo wykolejony i zarabiający na życie lewymi interesami. I właśnie wpada im w łapy neurowód, który trzeba rozkodować. otraPfi to zrobić młody i ambitny haker. Oczywiście, muszą się pojawić komplikacje. A tym na imię walizka. Walizka, która przed przypadek znalazła się w ich otoczeniu. W towarzystwie złodzieja, którego ściga wielki bandzior z jeszcze większą spluwą. Ten nie chce zrozumieć, że ekipa Thecybela nie ma z tajemniczym fantem nic wspólnego. Czyli impas...
Jest więc brutalnie, noirowo i testoronowo. Od pierwszych stron widać, że w Silesiapolis łatwo dostać w mordę, zaliczyć kulkę w łeb, każdy chce każdego zdradzić a policja w pewne zakamarki nie zagląda. Czyta się więc Agnologmat na speedzie, choć muszę przyznać, że miejscami narracyjny niezal potrafi pokonać czytelnika. Dużo się dzieje, nie można narzekać na brak akcji, ale momentami szwankuje komunikatywność kto jest kim (ciężko wyłuszczyć kto jakie ma imię), kiedy i po co dana postać włazi w kadr i w który momencie akcja dzieje się w świecie rzeczywistym, a kiedy w wirtualnym.
Pod tym względem Kyberdoksa jest tytułem dużo bardziej spokojniejszym. To całkowicie niezależna opowieść z nowymi bohaterami, choć posiada pewne elementy wspólne z pierwszym albumem. Bohaterem jest Sybir, młody chłopak po przejściach. Chce sobie zrobić "upgrade mózgu", oczywiście na czarno, by móc podjąć jakąś pracę i odwrócić życiowego pecha. Podczas zabiegu dochodzi do komplikacji a źródłem całego ambarasu jest tajne rządowe stowarzyszenie i postać, którą ono ściga. Dużo w Kyberdoksie rozważań filozoficznych (spoiler: o AI), przez co więcej gadających głów i mniej strzelania. Ale dzięki temu, że komiks jest bardziej przyziemny - czyta mi się go lepiej i wydaje się, że podejmowane zagadnienia godniej się zestarzały, także w futurologicznych przewidywaniach. To głównie "teatr dwóch aktorów", co sprawia, że uczucie zagubienia i przytłoczenia z pierwszego albumu nie ma tu w ogóle miejsca.
Pod względem gadżetowym oba tytuły nieźle dają sobie radę. Może Mariusz nie żongluje fantastycznymi zabawkami, ale dość dobrze opowiada na jakiej zasadzie jego 'cyber' działa. Nie jest to szpanowanie informatyczną wiedzą, bardziej przytomna kreacja świata na solidnych podstawach. Za to pod względem graficznym Silesiapolis może podzielić czytelników. W końcu kreska to surowy niezal. Z inspiracjami (Bisley, Miller), ale ciągle niezal - o gumiastych twarzach, ekspresją na granicy czytelności i luzackim podejściem do proporcji. Za to rysownicy dyptyku oferują ciekawą konstrukcję świata wirtualnego - projekty wirtualnych awatarów, gargantuiczne maszynerie pełne kabli i przekładni, złowieszczo przetransformowana śląska architekturę i całkiem intrygujące komputerowe kolaże potrafią przykuć wzrok na dłużej (niektóre plansze skojarzyły mi się z wczesnym Gierczakiem i jego wizją Radomia). Silesiapolis to miasto, gdzie jedynym żywym organizmem to ludzkie, zmodyfikowane mięso a czerń tuszu, którym pokryte są rysunki nieźle współgra z czarnymi duszami mieszkańców owej metropolii.
Wizja Zawadzkiego mnie przekonuje, szczególnie, że autor poutykał w wielu miejscach różnorakie easter-eggi, które zdradzają kolejne inspiracje scenarzysty przy kreowaniu świata przedstawionego. I mimo, iż Agnologmat/Kyberdoksa cechuje typowa młodzieżowo-punkowa zadziorność i normalizacja brutalności, to nie są błahe fabuły, służące wyłącznie do wyrzucenia z siebie nadmiaru testosteronu. Po tych dwóch albumach wyraźnie widać, że Zawadzki ma wszystko ułożone w głowie: wie, co chce powiedzieć - a to, co ma do powiedzenia potrafi zostać w pamięci na dłużej.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz