wtorek, 10 lutego 2026

Wybrani (scenariusz: Łukasz Gontarz, rysunki: Iga Nowak, wydawnictwo Oficyna Kot W Kropki, 2014)


Dołączam się do świętowania jubileuszu 250-lecia polskiej fantastyki. Z tego powodu przypominam zapomniany komiks SF, który zdecydowanie powinien być wymieniany w różnych rankingach komiksowej fantastyki powstałej w XXI wieku.

Akcja rozgrywa się gdzieś pod koniec naszego wieku. Dzięki napędowi plazmowemu ludzkość zaczęła regularnie podróżować do planet Układu Słonecznego. Chwilę później odkryto poza Obłokiem Oorta nową planetę, cztery razy większą od Ziemi - prawdopodobnie kiedyś swobodną, obecnie przechwyconą przez pole grawitacyjne Słońca. Dalsze badania ujawniły pewien fenomem z nią związany, w związku z czym w jej kierunku wysłano statek z małpą na pokładzie. Do drugiej ekspedycji wybrano już czworo astronautów.

Komiks opowiada o losach tej czwórki. Właściwie trójki, gdyż po wybudzeniu z hibernacji na pokładzie Tymoteusza, samowystarczalnej stacji kosmicznej osiadłej na powierzchni planety, znaleziono w kapsule martwe ciało kapitana. Wypadki się zdarzają, ale to tylko początek dziwnych wydarzeń. Jeden z astronautów zaczyna wpadać w dziwną katatonię obserwując przez okno planetarną zorzę, a w magazynie zostają zniszczone wszystkie kombinezony umożliwiające wyjście naukowcom na powierzchnię. Poza jednym. Czyli ktoś sabotuje ekspedycję. Ale kto?

Wybrani to psychologiczny dreszczowiec skonstruowany w duchu Sunshine Danny’ego Boyle’a czy Event Horizon Paula W. S. Andersona. Choć to o wiele bardziej kameralny tytuł. I zdecydowanie z wolniejszym tempem akcji. Mamy trójkę bohaterów, oskarżających siebie nawzajem, powolne popadanie w obłęd, duszne, klaustrofobiczne przestrzenie oraz stopniowe odkrywanie tajemnicy. Z tą różnicą, że Łukasz, wbrew oczekiwaniom, nie poszedł w gore horror w finale. Zrobił coś lepszego - zdradził całą intrygę dopiero na ostatnich czterech stronach. A zakończenie robi tak mocny fikołek fabularny, że by poznać jego epilog, trzeba się cofnąć i wyczytać go przy kolejnej lekturze. Gontarz wraz z Nowak do tego czasu wodzą czytelnika za nos, cały czas podsyłając tropy, które finalnie okazują się nie mieć większego znaczenia. Czy to przykład leniwego scenopisarstwa? Niekoniecznie. Owe zabiegi mają sprawić, że czytelnik jest tak samo skonfudowany próbując wykminić 'kto zabił' a dostarczane wraz z rozwojem akcji informacje jedynie ową konfundację pogłębiają. Na szczęście w kuminacyjnym momencie wszystkie elementy układanki zaczynają się spinać i  napływa zrozumienie czemu oniryczno-psychoidalna osnowa opowieści miała służyć.

Warstwa graficzna mogła być lepsza. Iga Nowak wydaje się mieć styl rysowania charakterystyczny dla akademików, gdzie uczą na twarzach kreślić prowadnice w celu zapewnienia proporcjonalności anatomicznych. Więc Iga rysuje proporcjonalnie, ale równocześnie sztywno, kańciasto, bez dynamiki, wręcz brzydko. Czasami ciężko rozróżnić twarze a ciała przyjmują manekinowe pozy. Trochę lepiej radzi sobie z kreśleniem wnętrz stacji kosmicznej - niektóre sceny wydają się być inspirowane pierwszą trylogią o X-Men. Ale brzydota stylu Nowak ma swoje plusy - podkreśla chłód (kosmosu i relacji międzyludzkich) oraz poczucie nieustępującego zagrożenia. Aaa... i Iga stosuje pewien motyw, który można polubić bądź który wprawi w irytację. Cechą charakterystyczną planety jest zorza, która swym światłem zalewa całe wnętrze stacji. W czarno-białym komiksie ciężko oddać taką sytację, więc artystka zdecydowała się ją przedstawić jako strzeliste promienie wydobywające się ze wszystkiego. Z okien głównie, ale też ciał i przede wszystkiem - źrenic. Efekt jest psychodeliczny, na początku enigmatyczny lecz mimo wszysko wprowadzający chaos narracyjny.

Ale by nie było za różowo. Wad w Wybranych jest trochę. Otoczka SF kuleje lub jest jedynie odhaczana. Napęd plazmowy - istnieje. Komunikacja w czasie rzeczywistym z Ziemią odbywa się za pomocą tzw. przekaźników Torgsbera. Ki diabeł? Jak one działają? Dunno. Przypomnę tylko, że akcja dzieje się 1 000 jednostek astronomicznych od Słońca, więc światło wraz z informacją potrzebuje ponad 5 dni by przebyć taką odległość. Można się zastanawiać czy możliwe jest tak jasne światło tak daleko od gwiazd. Ale to można zrzucić na karb nienazwanego fenomenu. Jednak najsłabszym ogniwem są dialogi. Bohaterowie jadą na borderline'ach, których nie zawsze można wytłumaczyć pewnymi aspektami fabularnymi. Dość powiedzieć że scenarzysta powiela częsty błąd współczesnych dzieł SF i w kosmos wysyła kompletnie niekompetentnych, mentalnie niestałych ludzi. Wiadomo - gdyby byli profesjonalistami, fabuły by nie było :)

To, że tytuł nie odniósł większego rozgłosum nie dziwi. Powody te same - niski nakład, brak reklamy, czarno-biała wartswa graficzna, mało atrakcyjne rysunki. Ale warto na tytuł zapolować po allegrach. Mimo potknięć to niezły kosmiczny dreszczowiec z bardzo dobrym zakończeniem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz